Zdarza się, że klient już na starcie mówi:
-
„Nie lubimy współpracować z agencjami rekrutacyjnymi.”
-
„Mamy złe doświadczenia z agencjami.”
To uczciwe – rozumiem, że wcześniejsze współprace mogły być rozczarowujące.
Nie przeraża mnie to. Z pokorą podchodzę do relacji, by pokazać, że są też dobre praktyki, a współpraca może być naprawdę udana.
Zazwyczaj… udaje się to przełamać – dzięki zaangażowaniu, efektom pracy, mojemu zespołowi, który lubi to, co robi, i daje z siebie 200%.
Ale tym razem – nic nie zadziałało.
Mimo wysiłku, otwartości i chęci – zgasło wszystko, co miało szansę być współpracą.
Klient na każdym kroku dawał nam odczuć niechęć:
- Kalibracja profilu – zamiast rozmowy, jednostronna krytyka.
- Feedback? Zamiast konstruktywnego – brak oraz kontrola.
- Kandydaci? Zderzali się z murem, my – z ciszą lub podważaniem sensu.
- Komunikacja? Przerywanie, złośliwości, brak przestrzeni na wspólne szukanie rozwiązań.
Po pierwszych tygodniach radości z nowego projektu i ogromnej mobilizacji, by „dowieźć” i zbudować zaufanie…
Każdy kolejny etap gasił naszą motywację, zaangażowanie, a w końcu – poczucie sensu.
A przecież:
Nie jesteśmy konkurencją dla HR.
Jesteśmy wsparciem. Partnerem. Uzupełnieniem.
Kiedy czujemy się traktowani po partnersku – motywacja, by nie zawieść, rośnie podwójnie.
Bo najlepsze efekty osiąga się razem – kiedy wewnętrzny HR i zewnętrzny partner grają do jednej bramki.
Zaufanie, otwartość, dobra komunikacja – to robi różnicę.
I w takich momentach przychodzi jeszcze jedna refleksja:
Skoro tak traktuje się nas – partnera rekrutacyjnego – to jak traktuje się ludzi w środku organizacji?
Czy z czystym sumieniem możemy rekomendować tę firmę kandydatom?
Jak wygląda kultura, skoro przestrzeń do współpracy i szacunku jest tak ograniczona?
To trudne doświadczenie. Ale też uczące.
Czasem granica nie leży w jakości usług – tylko w braku gotowości do współpracy.
A Wy? Spotkaliście się kiedyś z takim murem?
Jak sobie z tym poradziliście?

